Nienawidzę tego stanu.
Gdy chce się płakać, tak, że oczy same nabiegają łzami, ale nie można ich z siebie wykrzesać.
Zmęczenie, rozżalenie, milion innych marudzeń.
Beznadziejne ucieczki ku nowemu poprzez te same zabłocone ścieżki.
A ja, mimo, iż od wielu lat planuję zakup kaloszy...wciąż babrzę się w błocie.
Przeklinając siebie, czas i sny.
Kulę się w sobie i, bojąc się myśleć, zamykam oczy. Idę w kierunku mojego błota, bo innej drogi odkryć nie potrafię.
Sama.
Jakoś łatwiej jest, gdy świeci dla nas słońce. Zza chmury uśmiecha się, pociesza, podaje dłoń i motywuje do walki. Łatwiej jest, gdy jest blisko, można je przytulić do myśli i mieć pewność, że noc jeszcze daleko.
Każdy szuka swojego słońca.
***
Marzę by uciec. Uciec w świat marzeń. W odległą opowieść leząca tuż obok. By spakować walizkę i wrocić za chwilę. By świat nie zauważył, że mnie nie było.
Marzę by uciec. By świat odpoczął od mojego niewypoczęcia. By zamknąć oczy. Pobiec do szczęścia. Porozmawiać z nim chwilę. O niczym istotnym. Wydostać się z przytłaczającego labiryntu wydarzeń. Oddychać powietrzem zupełnie obcym. Zapomnieć, kim jestem i skąd pochodzę. Pozostać nijaką i nieznaną całkiem. Na chwilę zagubić się w biegu świata. Uciec i jemu, skryć się przed losem. Skoro on ciągle to i ja czasem mogę mu figla małego spłatać.